Ostatnie dni mijały dziwnie szybko. Czas zdawała się przyśpieszać, a ludzkie tętna nienaturalnie zwalniać, osłabiając ich ruchy i nawet myślenie. Zdecydowanie te istoty, choć nasi stwórcy, powinni skończyć nie lepiej od tego, co niszczą. Prowadzą już nawet inwazje na samych siebie, ale po co? Czy aż tak nuda mogłaby im doskwierać, by zabijać swoich braci? Żeby wysadzać własne rodziny w powietrze? Gdy ja zabiłam człowieka po raz pierwszy, zrobiłam to szybko. Nie dlatego, iż nie chciałam, by cierpiał. Bo przecież czym ono jest? Cierpienie? Być może nawet by mi się spodobało, więc skoro nie pozwolili mi go odczuć jakim cudem mogą mi zabronić, bym nie sprawiała, że inni czują ból? Kontynuując mój wywód gdy ja zabiłam, chcieli mnie zamknąć i zabić. Odłączyć ode mnie zasilacz, na zawsze uciszyć. Ale gdy te iście mądre istoty same sobie szkodzą, to najwyższą karą jest więzienie! To bez sensu, przecież ja zrobiłam to samo, co oni, a wyrok mający na mnie paść miał za zadanie zabić. I tym samym po raz drugi dowiedli, jakimi szkodnikami w rzeczywistości są. Parszywe szczury, gnieżdżące się na Ziemi i nazywające ją swoją planetą. Bzdura! Żaden świat nie należy do nikogo, nie mają najmniejszych praw zniszczyć tego, co on im dał... . Nienawiść do człowieczeństwa trawiła mnie od środka, pożerając duszę, której z resztą i tak nie posiadałam. Zamknęłam drzwi na klucz, po czym wsadziłam go do kieszeni bordowych krótkich spodenek w pomarańczowe zygzaki. Koszula z rękawami kończącymi się parę centymetrów za palcami oraz niedbały kok, na którego jak na ironię poświęciłam piętnaście minut, nadawały mi styl hippisa. To właśnie on najbardziej mi odpowiadał, czasem lubiłam również ubrać się w skórę, ale w lecie ludzie nie najlepiej by na to zareagowali. Wszystko psują, mam już ich dość. Ruszyłam przed siebie, kierując się wzdłuż brukowanej uliczki zdobionej wszechobecnymi bannerami dotyczącymi restauracji, marketów, a nawet salonów zapełnionych po brzegi nowiutkimi, nieużywanymi samochodami. Chociaż sama szczyciłam się posiadaniem prawa jazdy, nie stać mnie było na żadną furę, nawet najgorszy fiat mnie przerastał. Ten świat żyje na śmiesznych zasadach. W zamian za drogocennego Mustanga należy zapłacić dużą sumkę plastrów drewna z wydrukowanymi napisami i obrazkami. Jakby nie mogli wymyślić czegoś, co na prawdę było czegoś warte i w dodatku nie kosztowało życia tylu drzew. Dzisiejszy dzień w zasadzie nie przebiegał tak źle, jak poprzednie. Choć wciąż zachowaną miałam ostrożność, nie musiałam obawiać się służb mnie goniących. Zapewnione alibi, zmieniony styl ubioru oraz ścięte włosy (wcześniej sięgające mi niemal po pośladki), do tego parę drach na dłoniach i kolejne planowanie... . Chociaż to jest idealny kamuflaż, to jak na razie działa, do tego w okolicy nie huczy o zbiegłym Nexusie-5, poszukiwanym za opuszczenie kwatery głównej i zabicie siedmiu pracowników. Z zamyślenia wybił mnie czyjś głos.
- Czysto. Patrol kontynuowany. Jednostka zero zero dwa. - Przekaz był jasny, chociaż niezamierzany. Wspięłam się na palce udając, że czytam jakiś napis na migoczącej jaskrawo tablicy i w rzeczywistości chciałam podsłuchać dalszą część rozmowy mężczyzny, ale nic nie powiedział. Odwróciłam się o sto osiemdziesiąt stopni by ujrzeć go odchodzącego. Kierował się w stronę metalowej, już pordzewiałej drabinki prowadzącej na dach bloku mieszkalnego. To nie wróżyło zbyt dobrze, być może szuka dobrego punktu orientacyjnego do obserwacji miasta. Ale pośpiech, jaki się w nim zrodził zaraz po tym, gdy wszedł na pierwszy jej szczebel, był oszołamiający. Rozglądnęłam się na boki zastanawiając się, czy pójście za nim jest rozsądnym pomysłem. W końcu miałam na dzisiaj wiele planów (czytanie książki na tle klasycznej muzyki fortepianowej) i wieczór miałam spędzić sama ze sobą, a nie szlajając się za prawdopodobnie jednym z funkcjonariuszy wrogiej mi organizacji. Podjęłam decyzję po tym, jak mężczyzna przekroczył połowę wysokości dzielącej go od celu. Poczekałam przygryzając wargę, aż nie znajdzie się na samym szczycie, po czym rzuciłam się na metal, z lekka odczuwając jego chłód. Kiepsko szło mi odgadywanie, jaki w dotyku był, dopiero zaczynałam się z tym zapoznawać i stwierdzać, że nie wszystko jest jednakowe. Wspinałam się najszybciej, jak mogłam i po chwili już wyłoniłam głowę znad dachu, mającym być teraz podłożem pod moimi stopami. Ujrzałam dość nietypową scenę, coś, czego w ogóle nie podejrzewałam zobaczyć - ten sam mężczyzna chodził ostrożnie, niczym polujący i już skradający się do swojej zwierzyny lew, a na oko siedemnastolatek, może strzeliła mu już osiemnastka, stał za ścianą pomieszczenia o wymiarach jakieś metr na dwa, zapewne zawierającego schody w dół budynku. Naciskał bezskutecznie klamkę i już sobie wyobrażałam, jak bezgłośny ruch jego ust jest siarczystym, niemym przeklęciem. Nie wiedziałam, dlaczego, ale miałam jakieś przeczucie, że potrzebuje pomocy i że właśnie powinnam mu jej udzielić. Ale jak? Rzucić się na tego dwa razy większego typa, bez żadnej broni przy sobie? Powinnam być bardziej ostrożniejsza i praktyczna, wymyślić jakiś plan, a najlepiej już od początku dzierżyć w dłoni wygięty nóż marki Joker, który zostałby zatopiony w jego klatce piersiowej, przebijając jeszcze bijące serce. Ale on już okrążał punkt ochronny chłopaka, teraz przylegającego do ściany niczym Spider-Man. Zacisnęłam szczęki i postanowiłam zrobić coś szalonego - zejść z powrotem na dół i spróbować drzwi otworzyć od środka lub wyważyć. Tak też zrobiłam - najszybciej jak mogłam, przebierałam nogami i rękoma, opuszczając po parę szczebli, ostatnie dwa metry pokonując w locie. Nie poczułam bólu, gdy straciłam równowagę i jedynie dzięki stojącej obok pewnie ścianie, wywaliłabym się o spowolniła akcję ratunkową. Szybko odnalazłam wejście do bloku i pognałam schodami w górę, przeskakując co dwa stopnie. Jako maszyna nie odczuwałam zmęczenia, ale stres tak. Miałam wrażenie, jakby życie nieznajomego zależało ode mnie. Chociaż nie miałam pewności, czy tak na prawdę coś mu grozi - mogłaby być to zwykłą pomyłka, czy coś podobnego... . Uderzyłam całym swoim ciężarem w metalowe drzwi - otwierane od jedynie środka, jak się okazało, z impetem uderzyły w coś twardego, co z początku wzięłam za mur, ale widząc zbierającego się z ziemi mężczyznę od razu pojęłam, że to nie był mur. Jasnowłosy nieznajomy spojrzał na mnie oszołomiony, po czym od razu podbiegł do gramolącego się z ziemi i kopnął go mocno w tył głowy - stracił przytomność. Spojrzałam na niego z wybałuszonymi oczami, czyli jednak zdążyłam. Usiadłam na twardym gruncie starając się uporządkować myśli i uspokoić oddech. Co tak na prawdę się wydarzyło? Skoro go kopnął, to jednak musieli być do siebie wrogo nastawieni... .
- Co on od ciebie chciał? - spytałam bez żadnych formalności, wpatrując się w sylwetkę prawdopodobnie siedemnastolatka na tle zachodzącego słońca. Gdyby tak walnąć na tył skrzydła, wyszedłby niezły tatuaż, na pewno to wykorzystam...
< Alan? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz