Usiadłem opierając plecy o zimne mury zaniedbanego budynku. Czułem strach, sporo strachu. Znałem go. Aż za dobrze pamiętałam jak dłonie mojego stwórcy zaciskały się na mojej twarzy, raniąc mnie niemal. Jak syczał w moją stronę, że jeżeli nie będę wypełniał poleceń stanę się tylko syntetycznym truchłem. Bałem się tego. Bałem się śmierci, końca istnienia, świadomości. Braku możliwości oglądania świata.
Teraz ten strach mieszał się jednak z innym odczuciem. To było… satysfakcjonujące. Było ulgą, kiedy zaczerpnąłem kolejnego oddechu. Podekscytowaniem faktem, że teraz będę mógł odkryć wszystko sam. Nie będę musiał słuchać tylko tego, co chciano mi powiedzieć. Nikt nie będzie mnie kontrolował, ograniczał.
Uniosłem twarz, którą skrywałem do tej pory w kapturze za dużej na mnie bluzy. Na moją skórę zaczął padać deszcz. Zimny, lepki i brudny od unoszących się ponad miastem smogowych chmur, a mimo to przyjemny, bo po raz pierwszy mogłem poczuć taki deszcz. Od tej chwili wszystko miało być nowe, przyjemne, fascynujące… A przynajmniej szczerze chciałbym, aby tak było.
- Przepraszam… . - Usłyszałem cichy głos.
Spiąłem się automatycznie, gotów skoczyć na równe nogi i puścić się biegiem jedną z uliczek. W ułamku chwili mój mózg przeanalizował jaką drogą tu dotarłem, co widziałem po drodze i analizował co mogłoby dać mi przewagę w ucieczce.
Widok niewysokiej, drobnej dziewczyny wcale nie uśpił mojej czujności, ale jednocześnie zaciekawił mnie.
- Wybacz, nie chciałam cię wystraszyć… - odezwała się i uśmiechnęła delikatnie, jednocześnie mocniej opatulając się obszernych, znoszonym swetrem. – Pomyślałam, że może potrzebujesz pomocy.
Chwilę zajęła mi ocena sytuacji. Przyjrzałem się jeszcze dziewczynie. Brunetka o ciemnych, podkrążonych nieco oczach. Gdyby nie to, że włosy ciężkie teraz i mokre lepiły się do jej zaczerwienionej od chłodu twarzy, można by powiedzieć, że jest dość ładna. Nie wybitnie, ale na tyle, by mogła się podobać i bym mógł dostrzec w niej coś interesującego.
- Masz się gdzie podziać? – spytała jeszcze. Widocznie szukała ze mną kontaktu. Po co? Dlaczego? Nie wiedziałem, ale chciałem to sprawdzić. – Robi się ciemno… pada… .
- Nie… Nie mam dokąd iść – powiedziałem zgodnie z prawdą.
Tułałem się już od trzech dni, ale nie znalazłem póki co żadnej stałej kryjówki. Wydawało mi się, że lepiej, jeżeli oddalę się od znanych sobie miejsc jak najbardziej, jeśli będę się przemieszczał.
- Uciekłeś z domu, co? – kolejne pytanie i tym razem moja rozmówczyni podeszła bliżej, żeby przycupnąć obok mnie i obdarzyć mnie kolejnym nieśmiałym, aczkolwiek ciepłym uśmiechem.
- Ja… - zawahałem się znów. Co powinienem zrobić? – Tak – powiedziałem, znów stawiając naprawdę. Raczej nie było w niej żadnych konkretów mogących mnie zdradzić, prawda?
- Widać – rzuciła i wstała. – Tu, niedaleko, mieszkam z kilkoma znajomymi. Miejsca nie jest dużo i nie zaoferujemy ci zbyt wiele, ale przynajmniej się ogrzejesz i… jakoś zaczniesz.
U niosłem na nią pełen zaciekawienia wzrok. Zauważyła to.
- Nie jesteś jedynym dzieciakiem, który zwiał z domu – stwierdziła wzruszając ramionami. – Na imię mam Lissa – przedstawiła się i wyciągnęła w moją stronę zmarzniętą dłoń.
- Alan – uśmiechnąłem się i przyjąłem dłoń…
Ruszyłem za nią do niezbyt przyjemnego bloku pośród mało uczęszczanych już zapewne magazynów. Sądzę, że był to kiedyś blok dla pracowników pobliskich składów. Widać jednak było, że choć w budynku była elektryczność, to dawno nikt się nim porządnie nie zajmował. Mimo to mieszkańcy najwidoczniej robili co mogli… . A przynajmniej tak mi się zdawało.
W tamtej chwili ludzka istota po raz pierwszy okazała mi dobroć. Nie bardzo to rozumiałem, ale obserwowałem ludzi na tyle, by wiedzieć, że niektórzy troszczyli się o innych. Nieliczni, owszem, ale zawsze. Ja na takich trafiłem. Wiedziałem, że należy podziękować, że nie mogę zbyt na nich polegać. Dlatego też zabrałem się za różne zajęcia, które mi podsuwano.
Tak spędziłem kolejna trzy tygodnie. Coraz lepiej poznając moich nowych towarzyszy, ucząc się od nich i pomagając im ile mogłem. Starałem się przy tym nie odstawać od reszty. Jadłem, spałem, pracowałem, prowadziłem rozmowy, sprawnie omijając tematy osobiste. Nie tylko ja z resztą nie lubiłem mówić o sobie. Każdy z lokatorów miał niezbyt miła przeszłość. Trafiłem zdecydowanie dobrze.
____
Wieczorną porą wyszedłem na spacer. Długi, jak zwykle. Lubiłem włóczyć się po mieście. Zapamiętywać każda uliczkę, budynek, skrawek zieleni, przesmyk, prowadzący do kanałów pod miastem… . Wszystko. Fascynowało mnie to, jak miasto jest podzielone. Biedne dzielnice były tak bardzo odmienne od tych bogatych. Chaotyczne, brudne i szare. Bogate dzielnice zaś cechowała symetria. Wszystko było ułożone niemalże od linijki. Podobne domki, na podobnych działkach otoczonych łudząco podobnymi płotkami i tylko z lekka indywidualnie urządzonymi ogrodami.
Siedziałem na sporym budynku, z którego miałem widok na miasto. Oglądałem ludzi przemieszczających się na dole. Każdy gdzieś się spieszył. Zastanawiałem się dokąd. Co robią, co czują… . Zastanawiałam się lecz nie potrafiłem tego odgadnąć. Odgadywanie emocji ludzi stanowiło dla mnie wciąż kłopot. Szczególnie, kiedy próbowali je ukrywać, maskować. Jeśli miałem przetrwać i dłużej wtapiać się w tłum, musiałem się tego nauczyć.
Zaalarmował mnie czyjś głos tuż pode mną. Ktoś szedł, rozmawiając przez komunikator. Przycupnąłem tak, aby obcy mnie nie dostrzegł. Nie chciałem kłopotów.
<Stéphanie?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz